Melanie Martinez jest księżniczką Disneya
Melanie Martinez jak królowa mrocznej baśni: „Disney Princess” — szydercza bajka o cenie sławy
Melanie Martinez wraca z kolejnym rozdziałem swojej artystycznej mitologii. Jej nowy singiel „Disney Princess”, opublikowany pod koniec lutego, to nie lekka popowa bajeczka, lecz ostry, sarkastyczny komentarz na temat traktowania kobiet w przemyśle rozrywkowym — i w świecie w ogóle. Artystka serwuje nam swoją wersję „księżniczki Disneya”: nie pastelową i uśmiechniętą, lecz władczą, cyniczną i niebezpiecznie świadomą ceny, jaką trzeba zapłacić za sukces.
„Disney Princess” brzmi jak martwe odbicie hollywoodzkiej fantazji — muzycznie zbudowane na przemyślanym, alternatywnym popowym fundamencie, z miejscami zimnym, dystopijnym brzmieniem, które przypomina soundtrack do zniekształconej wersji rzeczywistości. Singiel jest jednocześnie groteskowy i precyzyjnie wymierzony: teksty i ekspresja wokalna ukazują ideę „sprzedawania duszy” nie jako spektakularny akt, lecz jako podstępny mechanizm, który osiada w codzienności i depersonalizuje kobiety, traktując je jak produkt.
— Uwielbiam pisać o branży rozrywkowej i jej wpływie na kobiety — mówi Martinez. — Jest to idealny mikrokosmos otaczającego nas świata, pokazujący, jak bardzo można stać się obojętnym i odklejonym od rzeczywistości, jeśli pozwolisz innym traktować cię jak towar.
Ta wypowiedź dobrze tłumaczy, dlaczego Melanie od lat fascynuje: nie tworzy tylko piosenek, ale kompleksowe światy. Jej najnowsza era zapowiada się jako bardziej filmowy, dystopijny krajobraz — mniej baśniowy, bardziej lustrzane odbicie współczesności, w którym groteska i krytyka społeczna idą w parze z wyrafinowaną estetyką.
Kontekst kariery Martinez nadaje temu ruchowi dodatkowy ciężar. Pochodząca z Nowego Jorku artystka od debiutu w 2012 roku konsekwentnie przekracza granice gatunków i form — jest piosenkarką, autorką, reżyserką swoich klipów i wizjonerką, która potrafi zamknąć narrację w albumowym uniwersum. Jej dorobek mówi sam za siebie: ponad 30 miliardów streamów, 5,54 miliarda wyświetleń na YouTube i ponad 62 miliony obserwujących w mediach społecznościowych — liczby, które stawiają ją w czołówce współczesnego alternatywnego popu.
Przełomem był debiutancki koncept-album Cry Baby — wydawnictwo, które dwukrotnie pokryło się platyną i w zeszłym roku świętowało swoje dziesięciolecie. Z tego krążka wyszły liczne utwory, które ugruntowały status Martinez jako artystki niebanalnej i komercyjnie odnajdującej swój język: trzykrotnie platynowe „Dollhouse”, podwójnie platynowe „Pity Party” oraz takie hity jak „Play Date”, „Pacify Her”, „Carousel”, „Mad Hatter”, „Soap”, a także „Training Wheels”, „Sippy Cup”, „Alphabet Boy” i „Tag, You’re It” — piosenki, które zebrały platynowe i wielokrotne wyróżnienia.
Co dalej? „Disney Princess” jest zapowiedzią nadchodzącego albumu i nowej estetycznej odsłony Martinez. Jeśli dotychczasowe doświadczenia artystki cokolwiek sugerują, możemy spodziewać się nie tylko mocnej warstwy muzycznej, lecz też spektakularnej oprawy wizualnej — teledysków, choreografii i scenografii, które tworzą kompletny, wielozmysłowy przekaz. W czasach, gdy pop często ulega uproszczeniom, Melanie zdaje się utrzymywać przekonanie, że artysta powinien budować światy — te jej są mroczne, precyzyjne i niepokojąco bliskie.
Dla fanów to kolejny rozdział w rozrastającej się kronice Martinez — dla krytyków i obserwatorów sceny muzycznej natomiast interesujący eksperyment z połączeniem społecznej diagnozy i popowej formy. „Disney Princess” nie osładza rzeczywistości. Przeciwnie: podaje ją w lustrzanym odbiciu, przypominając, że za błyszczącym opakowaniem często kryje się cena, którą ktoś musi zapłacić. Melanie, jak zwykle, przypomina to z teatralną precyzją i bezlitosnym humorem.










