Eric Clapton zaczarował polską publikę
Historia gitarowego grania w popkulturowym mainstreamie ma zapewne już grubo ponad 70 lat. Trudno jednak znaleźć jest artystów, o równie dużym dorobku jak Eric Clapton. Jeden z kluczowych artystów rockowego i bluesowego boomu lat 60 odwiedził w wypełnioną po brzegi w środowy wieczór krakowską Tauron Arenę. I przez ani moment nie dał po sobie poznać upływającego czasu. Ósma wizyta w naszym kraju jednego z ostatnich aktywnych scenicznie ojców założycieli klasycznego rocka zadowoliła chyba nawet najbardziej wymagających odbiorców. A mogla przekonać i uwieść nie mających z bluesem wiele wspólnego.
Z biografii urodzonego w podlondyńskim Ripley artysty można znaleźć materiał na kilkanaście różnych filmów biograficznych. Od wychowania przez dziadków w powojennej Anglii, brak poznania biologicznego ojca, przez wypełnione muzyczną płodnością i używkami lata 60 i 70, po odwyk i odnalezienie wewnętrznego spokoju w ostatnich dekadach. Zakrętów i kontrowersji w życiu prywatnym Erica Claptona było co niemiara, ale Anglik potrafił zawsze przekuć je w to, co dla odbiorcy najważniejsze – ponadczasowe utwory. Bo czym byłby świat muzyki, gdyby nie napisana na kanwie niespełnionej (w chwili pisania utworu) miłości „Layla”? Kto z nas nie wzruszył się słuchając „Tears in Heaven” ( powstałego po śmierci czteroletniego synka gitarzysty Conora)? Jeśli prawdą jest popularne stwierdzenie o tym, że muzyka to najlepsza terapia, to nie ma chyba człowieka, który mógłby trafniej o tym poświadczyć.
Informacja o polskim występie spadła na fanów angielskiego gitarzysty jak grom z jasnego nieba. W ostatnich latach Clapton nie pojawiał się zbyt często w okolicach naszego kraju (najbliżej był w 2022 w Pradze, a ostatni koncert w Polsce odbył się w 2014). Kolejnym zaskoczeniem była też sama trasa legendy. Czas jest niestety nieubłagany i mający na karku już 81 wiosen ex-gitarzysta Cream borykał się w ostatnim czasie z poważnymi problemami zdrowotnymi. Stąd rzadkie występy poza ojczyzną i ewentualnie Stanami Zjednoczonymi, choć i ich w porównaniu do złotej ery „Slowhanda” było jak na lekarstwo.
Wieczór z ikoną bluesa rozpoczął Andy Fairweather Low, walijski muzyk znany z akompaniamentu w przeszłości Claptonowi, Rogerowi Watersowi a także solowego bogatego dorobku. I był to strzał w dziesiątkę! Artysta będący prawie rówieśnikiem gwiazdy wieczoru zaserwował ciepłą, głównie akustyczną, bluesową przejażdżkę przez klasyki tego gatunku, nieoczywiste covery (Tequila) i solowe kompozycje. Można było wczuć się w klimat organicznego bluesa, jaki miał już za chwilę zaserwować angielski idol.
A sam Eric Clapton, ubrany w elegancki garnitur, rozpoczął koncert od „Badge” z repertuaru Cream. Do dorobku jednej najsłynniejszych supergrup już nie było dane powrócić podczas tego występu, choć aż prosiło się o dorzucenie do setlisty „White Room” albo „Sunshine of Your Love”. Jednak taki wybór openera wieczoru zdecydowanie był celny. Clapton w swojej karierze sięgał często po dorobek innych bluesowych gitarzystów, stąd w tym swoistym „Greatest Hits” nie zabrakło też „Key to the Highway” Charlesa Segara i „I’m Your Hoochie Coochie Man” Willie Dixona. Na koniec pierwszego segmentu publiczność usłyszała klasyk Boba Marleya „I Shot a Sheriff”, który w zgodnej opinii wielu osób z którymi rozmawiałem po koncercie, był najlepszym wykonaniem podczas występu.
Program występów na tegorocznej trasie Erica Claptona zakłada po 5 utworach na gitarze elektrycznej część akustyczną. I mieliśmy ponowny ukłon do najwcześniejszych inspiracji ikony bluesa, bo na początek zagrał „Kind Hearted Women” Roberta Johnsona. Jego wydany w 1961 roku na terenie Wielkiej Brytanii zbiór dzieł „King of the Delta Blues Singers” był kamieniem milowym w rozwoju muzyki. Jako kluczowy krążek w swojej artystycznej edukacji wymieniali go poza Claptonem m.in. Jimmy Page, Jeff Beck, Ronnie Woods. Następne „Nobody Knows You When You’re Down and Out” Jimmy Coxa oraz Golden Ring były przygrywką przed finałem tej części.
„See if you can spot this one ?”. Legendarna już zapowiedź akustycznej wersji „Layli” z koncertu MTV Unplugged nie była potrzebna krakowskiej publice. Od pierwszych taktów intra wszyscy doskonale wiedzieli, że wybrzmiewa jeden z najwspanialszych riffów wszechczasów. Oczywiście wersja Derek and Dominos rozsadza w pierwszej części energią i szałem zakochanej osoby, tak akustyczna, bliższa oryginalnemu zamysłowi Claptona aranżacja również przyprawiła o dreszcz. Bo kto choć raz w życiu nie pomyślał sobie wobec drugiej osoby „Nie mów, że nie ma na nas szans, a moja miłość jest na marne”? Set bez gitary elektrycznej wieńczyło „Tears in Heaven”, które zabrało w zupełnie inny świat, bolesny po stracie dziecka. Ale zgodnie z ostatnimi wersami, pozostawiło z nadzieją na lepsze kolejne dni.
Powrót gitary elektrycznej rozpoczął się od „Tearing Us Apart” i świetnego prawie dziesięciominutowego (dokładnie chyba nikt nie liczył, kto zagląda w telefon podczas takiej uczty) „Old Love”. Powrotem do korzeni bluesa były kolejne utwory – ponownie kompozycje Roberta Johnsona – klasyczne „Crossroad Blues” i „Little Queen of Spades”. Ta część zmieniła się chwilami w wielkie jam session, gdzie każdy z zespołu Erica Claptona miał okazję na popis swoimi umiejętnościami. Główną część setu zakończył jeden z najsłynniejszych utworów z dyskografii gwiazdy wieczoru czyli „Cocaine”. I była to znakomita klamra wieczoru, który kwintesencją i celebracją wybitnej kariery jednego z najznamienitszych gitarzystów nie tylko swojego pokolenia. Na deser jako bis usłyszeliśmy jeszcze „Before You Accuse Me” z dorobku Bo Diddleya.
Takie postacie jak Eric Clapton nie muszą już nic nikomu udowadniać. Mógłby spokojnie korzystając z życia codziennie punkt 17 popijać herbatę, korzystać ze zasłużonego spokoju po chaosie, który towarzyszył mu większość życia. Ale takie postaci już do niczego sobie i światu nie są zobowiązani. One tylko mogą. Jak chcą. A skoro tak – cieszmy się z nim i bądźmy wdzięczni. Szczególnie, że nikt nie wie, czy to nie była okazja po raz ostatni gościć w Polsce „Slowhanda.”. Chapeau bas, za wszystko, Panie, Ericu!
Tekst: Wojtek Miśkiewicz










